60,80,90,74,79, 86.7,68,65,66……66…..65….64…66

19:04
1.03.2021

Zmagam się obecnie z innym problemem, ale czuję, że nie chcę na razie o nim pisać, tylko samo musi mnie pogryźć, muszę od tego tematu odpocząć, muszę to przemyśleć. Dlatego w tym wpisie cofnę się do czasów aż gimnazjalnych czyli 7 lat do tyłu.

Niezbyt często słyszy się, że to mężczyzna wpadł w kompleksy, że oni je w ogóle mają. Nie wiem dlaczego, ale wyrobiła się taka popularna opinia publiczna, że facetów to nic nie obchodzi i nie przejmują się wyglądem. Nie wiem skąd się takie przekonanie wzięło, ale jest błędne.

Tak jestem chłopakiem,

tak mam kompleksy.

Też płaczę, też się boję, też się przejmuję.

Moi drodzy, współcześnie istnieją również męskie ‚kanony piękna’, nie tylko damskie. Oczekuję się odpowiedniego wzrostu, muskulatury, kto wie czego jeszcze. Jednemu wytykają, że jest za gruby, drugiemu, że mógłby być wyższy to byłby idealny, trzeciemu, że ma nieproporcjonalne nogi na przykład. Mężczyźni też mają kompleksy. Jeden drugiemu zazdrości czegoś, może ładnie podniesionych pośladków, fajnej i szerokiej klaty. Myślę, że po prostu płeć męska się tak nie otwiera publicznie jeśli chodzi o takie wyznania, ale uwierzcie mi, że to wcale nie znaczy, że ich nie mają.

W gimnazjum byłem przy górnej granicy nadwagi, przed pierwszym stopniem otyłości (znalazłem kartoteki zdrowotne ze szkoły gimnazjalnej i licealnej, więc podaję teraz to co zostało tam zapisane, a nie +/- na oko co pamiętam).
Gimnazjum to ogólnie był dla mnie bardzo ciężki okres w życiu, ale myślę, że nikt nie ma łatwo w takim wieku, dorastanie, zmiany fizyczne i psychiczne, ciągłe kwestionowanie SIEBIE, swojej wiary, swoich umiejętności, zaniżona samoocena, poczucie braku zrozumienia i samotności, strach co przyniesie kolejny dzień. Myślę, że wiele osób tak przeżywa gimnazjum, może się mylę i tylko ja miałem takie ekscesy w tym okresie czasu.

No i co z tym moim wyglądem? A no to, że dzieci są bardzo złośliwe, wredne. Nie podobało im się to jak ja wyglądam, więc mnie wyśmiewano, byłem ofiarą body shaming’u i licznych hejtów na różnych płaszczyznach. Na początku to ignorowałem, mama zawsze powtarzała mi, że jeśli ktoś się czepia to jest najzwyczajniej w świecie zazdrosny (ale czego mieliby mi zazdrościć? nadprogramowych kilogramów?) oraz, że gdy się takie osoby ignoruje to one odpuszczają, bo się nudzą tym.
Nie. Oni nie odpuszczali. Cały ten młyn przyspieszał coraz  bardziej i bardziej. Chodzili za mną w drodze powrotnej do domu, rzucali we mnie kamykami czy śniegiem w okresie zimowym. Swoje śniadanie musiałem zazwyczaj jeść w toalecie, bo było mi wstyd, nie chciałem, żeby zaglądano mi do kanapki lub żeby obserwowali jak spożywam to śniadanie.

Nie mówiłem tego rodzicom. Z ojcem mam znikomy kontakt (o tym napiszę kiedyś w oddzielnym wpisie), a mojej mamie… Mojej mamie pękłoby serce, gdyby się dowiedziała jak mnie traktują. Raz była jakaś wzmianka o tym, że mi ktoś dokucza, to cała zalała się łzami… Nie mogłem na nią patrzeć w takim stanie, czułem się jeszcze gorzej, było mi przykro, że jej jest przykro. Dlatego dusiłem to w sobie, czasem może z kimś bliskim, przyjaciółką, koleżanką porozmawiałem na ten temat.

Tak się w końcu zaczęła moja nie wiem jak to określić? ‚Przygoda z odchudzaniem’ brzmi optymistycznie i wesoło, a tak nie było. Powiedzmy, że tak narodził się mój wstręt do własnego ciała, wyglądu. Do siebie. Każdego wieczoru przed prysznicem, stojąc nago i widząc siebie w lustrze, zacząłem zauważać, że oni mają rację. Tak mi się to wbiło do głowy, że znienawidziłem siebie.

Zaczęły się różnego rodzaju głodówki, diety. Ale to wszystko było pod wpływem presji otoczenia. Chudłem. Wiadomo, że jak się nic nie je, to jakoś z tej wagi ubywa. No i tak przez następne lata były okresy, że byłem chudszy bo nic a nic nie jadłem i przeplatało się to z okresami gdzie byłem grubszy, bo raz sięgnąłem po jedzenie i cała waga wracała z kolejnym nadmiarem.
Zero aktywności fizycznej, mam na myśli, nie podjąłem się żadnego sportu. Ja po prostu miałem obsesję, że dwie kanapki to za dużo, więc brałem jedną, przecinałem ją na pół i dla mnie wtedy połówka to było za dużo. Krytycznie ucinałem spożywane kalorie. No ale właśnie nic mi to nie dawało, bynajmniej nie na dłuższą metę, no i z pewnością nie wychodziło mi to na zdrowie. Zazdrościłem chłopakom sylwetki, proporcjonalności, wskaźnika BMI w normie.

Mogę jeszcze dużo napisać o tym, trwało to bardzo długi okres czasu, parę dobrych lat na zmianę chudnięcie i powracanie do ‚normy’ skutkujące ponownym przywitaniem kilogramów, a nawet z nadwyżką. Ale po co? Nie będę już o tym wspominać, bo już nawet nie jest mi przykro. Ten rozdział już za mną. Przejdę teraz do tego jak to wszystko wpłynęło na mnie i jak ja widzę siebie dzisiaj.

5 marca ubiegłego roku (05.III.2020) coś mnie tchnęło. Żeby zacząć ćwiczyć, odstawić alkohol, zrobić coś świeżego w życiu. To był przełom. Za 4 dni będzie równiutka rocznica od jednej z najlepszych decyzji w moim życiu do tej pory. Na początku nie było żadnych efektów, po za bólem mięśni i w ogóle tragicznego zmęczenia po treningach. Ale tym razem powiedziałem sobie;

„Mateusz, proszę cię, ćwicz te 3 miesiące, na onecie piszą, że efekty dopiero są zauważalne od drugiego/trzeciego miesiąca. Wytrwaj tyle, jeśli ich nie zobaczysz to wtedy się poddasz i nie będziesz miał sobie nic do zarzucenia, że nie spróbowałeś.”

Mijały kolejne tygodnie, moja waga zaczęła spadać. Ale co mnie w ogóle obchodzi waga? NIC. Przecież liczy się wygląd, a nie waga. Waga to tylko liczba i przecież nie wyświetla mi się ona nad głową. Monitorowanie wagi było dla mnie takim mini efektem i zaspokojeniem ciekawości „dzieje się już coś czy się nic nie dzieje?”
Moja dieta wykluczała tylko i wyłącznie słodycze, i parę innych rzeczy typu ziemniaki czy jasne pieczywo. Ale nie odejmowałem sobie jakoś bardzo od gęby 🙂 Chciałem to zrobić z głową.

Nie wiem kiedy to zleciało, ale startując 5 marca z wagą 87kg, we wrześniu ważyłem już 64kg. I tak się od września moja waga waha między 64-68. Cały czas jest utrzymywana. Cały czas ćwiczę. Dla swojego dobrego samopoczucia, dla zdrowia i dla dobrego wyglądu. Moja zmiana jest OGROMNA. Mam wszystko udokumentowane zdjęciami.

JESTEM CHUDY.
To jest problem! Ja wciąż widzę, że nie. Przeraża mnie to. Są dni w które potrafię się zapłakać, że nie ma żadnych efektów, że jestem gruby, że mi brzuch wydęło, że sobie ostatnio za bardzo poluzowałem treningi czy zaniedbywałem dietę. Ale kochani, ja jestem chudy, ludzie mi mówią, że 2/3 mnie zniknęło i, że za chwilę cały ja zniknę i mnie nie będzie.

TAK, cieszę się ogromnie. Na co dzień, widzę, że wyglądam SUPER. Zacząłem w tym kierunku robić sobie zdjęcia, które przedstawiają mnie w naturalnych pozycjach. Z fałdkami, rozstępami itd. Jestem na tych zdjęciach uśmiechnięty. Przypominają mi one, że jestem człowiekiem i ludzkie ciało tak robi, ludzka  skóra się tak zgina na przykład podczas siedzenia.

Myślę, że po prostu tak mi to się wbiło do głowy. Cała ta obsesja, że ja i tak mimo, że osiągnąłem swój cel, nie poddałem i nie poddaję się, jestem systematyczny i trzymam się planu to będę siebie kontrolować. Będę kontrolować czy mogę zjeść w weekend ciastko? Czy po tym ciastku będę ćwiczyć pół godziny dłużej, żeby mieć pewność, że ono mi nie zaszkodzi?

Wciąż mam kompleksy porównując siebie do innych ludzi. Nie można się porównywać do innych. Ty masz coś czego oni nie mają i ci zazdroszczą. Oni mają coś czego Ty nie masz, i Ty im zazdrościsz. Nie ma ideałów. NIE MA KANONÓW PIĘKNA. Ani damskich, ani męskich. Co to w ogóle jest? Każdy jest inny i każdy jest piękny na swój sposób. Jedna kobieta będzie szersza w biodrach, a inna będzie miała smukłe, szczupłe nogi. No i co z tego? Według obecnych kanonów piękna, to ta szersza w biodrach ma dwa dęby zamiast nóg i powinna schudnąć.

Media społecznościowe również promują ww ‚kanony piękna’. Ludzie na to patrzą, porównują się do innych i popadają w kompleksy, bo nie są tacy jak oni. Ale kochani wiecie, że te zdjęcia nie są nawet realne? Są pozowane, dobrze oświetlone, edytowane, naciągane, IDEALIZOWANE.

Jestem w takim punkcie gdzie kocham siebie i akceptuję swoje ciało. Może nie do końca, ale jednak jest to proces wymagający czasu. Zajęło mi to 6 (słownie: SZEŚĆ) lat. Żeby dotrzeć tutaj gdzie jestem. Coraz częściej akceptuje to, że nie wpasowuje się w te beznadziejne ‚kanony piękna’, ale coraz bardziej mnie to cieszy. O matulu, jak pomyślę o tym, że miałbym do każdego zdjęcia wciągać brzuch na max pojemności, nienaturalnie się wyginać na zdjęciach, albo pić herbatki przeczyszczające na płaski brzuch do zdjęcia…………………. to naprawdę cieszę się, że coraz mniej mnie to obchodzi. Opinia innych? Tu też się zmieniło. Ogólnie rzecz biorąc to nie wszyscy są dla mnie, ale ja też nie jestem dla wszystkich. Jednemu się będziesz podobać, innemu nie. I to naturalne. Dlatego moje myślenie nie ogranicza się do tych osób, którym się nie podobam, bo nie urodził się jeszcze taki co by dogodził wszystkim.

Podsumowując cały ten wpis. Kobiety mają kompleksy. Mężczyźni również je mają. Wszyscy mamy kompleksy.
Body shaming – przykro mi, że nie ma jakiejś edukacji (nie mówię akuratnie o szkolnej) w tym temacie tylko wręcz przeciwnie – media społecznościowe promują wszystkie ustalone kpiny jak kto powinien wyglądać. Przykro mi, bo wiem po sobie, że takie osoby myślą, że nikt ich nie rozumie, nie wiedzą jak sobie pomóc, gdzie uzyskać pomoc. Kochani wszyscy, którzy zmagacie się z tym problemem – mam nadzieję, że dojdziecie do takiego miejsca w którym ja jestem dzisiaj. Tego wam życzę.
Przykro mi, że zajęło mi to sześć lat, i jeszcze trochę w głowie będzie mi to motać jednak 🙂 To długi proces. Ale czuję się lżej. Czuję się też lżej, że mogłem to napisać. Dla Ciebie, dla Was. Ale też dla siebie. Czuję się silny. Wiem, że dużo mogę. Dla mnie schudnąć tyle i rzeźbić ciało to było nierealne, a jednak proszę… wykonalne, osiągalne, REALNE.

Nie miałem pomysłu na tytuł tego wpisu. Dlatego jest to +/- chronologiczny zapis mojej wagi podczas tej ‚przygody z odchudzaniem’.

Dziękuję za uwagę. Jeżeli ktoś chciałby ze mną porozmawiać na ten temat, jeżeli ktoś się zmaga z takim problemem to nie krępujcie się odezwać. Może będę mógł pomóc. Dla mnie to już dłużej nie jest temat tabu – mogę o tym rozmawiać.

Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali do końca,
M.

3
Dodaj komentarz

Zaloguj się i dodaj komentarz
najnowszy najstarszy oceniany
tompkin

Nieznajoma

Gratuluję wytrwałości;) że udało się wytrwać w ćwiczeniach i diecie. Piszesz w lekki sposób i przyjemnie się czyta.