Poznałem prawdę o sobie

18:58
29.03.2020

Trzydzieści sześć lat życia. Dzisiaj wydaje mi się, że to trzydzieści sześć chudych, trudnych i zmarnowanych lat.

Od zawsze wydawało mi się, że coś jest ze mną nie tak. Że nie pasuję do innych. Wychowałem się w większości sam ze sobą. Myślałem, że jestem po prostu introwertykiem, który ceni sobie samotność, któremu dobrze jest we własnym towarzystwie, który nie potrzebuje ludzi. Prawda jest jednak inna. Gdzieś w głębi zawsze chciałem tworzyć i pielęgnować relacje z innymi ludźmi. Okazało się, że nie potrafię, nie umiem, nie chcę (choć bardzo chcę).

Zupełnie niedawno uświadomiłem sobie, że jestem typowym dorosłym dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej. Dysfunkcja w mojej rodzinie była bardzo subtelna, trudna do zauważenia. Przez całe moje życie, aż do teraz, nawet nie byłem jej świadomy. Trudno było to zauważyć, w sytuacji kiedy rodzice nie piją, nie są trudni, nie mają do ciebie pretensji, wyrzutów, nie mają wygórowanych oczekiwań. W zasadzie to w ogóle niewiele od Ciebie chcą. Mam świadomość tego, że mnie kochają i chcą dla mnie jak najlepiej, ale los sprawił, że nie byli w stanie mi tego pokazać.

Miałem starszą siostrę, która kiedy była bardzo mała, po bardzo ciężkiej chorobie i pobycie w szpitalu, wróciła do domu w stanie wegetatywnym. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić jak wielką traumą i dramatem musiała być ta sytuacja dla moich rodziców. Ukochana córeczka, maleńka, w domu, w łóżku, nieświadoma świata wokół, wymagająca ciągłej opieki i troski. W tym wszystkim pojawiłem się ja – klasyczna wpadka. Nie wiem, czy byłem niechciany, wydaje mi się, że byłem dzieckiem, które wyrastało w lęku rodziców, że znowu może przydarzyć się coś złego. Tak mocno chroniony przed życiem i przed światem. Dzieckiem kochanym, ale też dzieckiem, dla którego nie starczało pewnie uwagi i czasu, bo uwagę i czas należało poświęcić mojej starszej, chorej siostrze. Na domiar złego, siostra zmarła kiedy miała 4 lata, więc pewnie do całej tej trudnej sytuacji w domu doszedł niewyobrażalny smutek, trauma i depresja. A nie były to czasy, kiedy mama lub tato mogli o tym porozmawiać z terapeutą, psychologiem czy psychiatrą (stygma!).

To sprawiło, że stałem się dzieckiem niewidzialnym, dzieckiem, które zgubiło się i nadal nie potrafi odnaleźć się we mgle. Musiałem chyba instynktownie nie chcieć być kolejnym brzemieniem w domu, w którym i tak nie jest lekko. Wycofałem się i zamknąłem w swoim własnym bezpiecznym świecie, w którym tkwię do dziś. Jest to dla mnie doskonale znany, bezpieczny schron, z którego bardzo ciężko jest mi wyjść. Jestem samotny, od zawsze. I choć w życiu zdarzały się sytuacje, w których poznawałem ludzi, których mogę nazwać przyjaciółmi, żadnej z tych relacji nie udało mi się utrzymać. Czuję się trochę jak wędrowiec, który na różnych etapach podróży szedł z kimś ramię w ramię, ze świadomością, że prędzej czy później dojdziemy do rozstajów, na których trzeba będzie się nieświadomie pożegnać.

 

Jest mi smutno, czuję żal, samotność i rozpacz. Chcę zacząć zmieniać swoje życie. Znaleźć kogoś, kto odnajdzie tego małego, zagubionego chłopca i pomoże mu dorosnąć.

 

 

1
Dodaj komentarz

Zaloguj się i dodaj komentarz
najnowszy najstarszy oceniany
zielonysmok

Strasznie przykra jest Twoja historia. Moze pisanie Ci torchę pouklada. Będę czytał. Trzymaj się.