Straciłam równowagę

01:24
25.10.2018

Długo nie pisałam (nie pamiętam już nawet jakie imiona nadałam członkom mojej rodziny, żeby przypadkiem nie być przez nikogo rozpoznaną), bo wkupiłam się w łaski syna i synowej i zapadł pozorny ład. Wraz z mężem wykupiliśmy im tygodniową wyprawę na Maderę, jako prezent na rocznicę ślubu. To był mój pomysł, do którego musiałam przekonywać męża. Dość kosztowny na wielu płaszczyznach. Najbardziej jednak odczuliśmy to biorąc na swoje barki opiekę nad wnukami. Starałam się nadrobić stracony czas i brak zaangażowania w dzieciństwo własnych dzieci.  Po tygodniu byłam wycieńczona. A kiedy syn wrócił i zabrał chłopców czułam ogromną ulgę, a jednocześnie smutek. Ale do rzeczy. Po powrocie i przed wyjazdem byli tak mili i wdzięczni, że zapominałam momentami, że nasze relacje nie są tak piękne, jakbyśmy wszyscy chcieli. Byli podekscytowani wyjazdem, a Edyta kilka razy zwróciła się do mnie „mamo”, co nigdy przedtem jej się nie zdarzało (mówiła do mnie albo bezosobowo, albo per pani). Nie wiem, czy nagle wybaczyła mi wszystkie grzechy, których dopuściłam się w stosunku do jej męża a swojego syna, będąc zaniedbującą dzieci matką-karierowiczką-alkohliczką-egocentryczką, czy po prostu z wdzięczności dała mi chwilę odsapnąć i przestała mnie tępić. Nie lubię jej za to jeszcze bardziej. Za tę interesowność. Wyjazd był dla mojego syna. Przy okazji skorzystała i ona. Od ich powrotu minęły już 2 tygodnie. I znów jestem tą złą. A zaczęło się od tego, że w weekend nie chciałam zostać z wnukami. Tak, nie chciałam i miałam do tego prawo, bo umówiliśmy się z parą przyjaciół na kolację. Bardzo chciałam się z nimi spotkać. W tym momencie do akcji wkroczyła moja siostra, która oczywiście podjęła się opieki nad moimi wnukami. Nie omieszkała oczywiście zadzwonić do mnie i wycelować prosto w głowę. Żaliła się, że musiała być za mnie matką, a teraz musi być za mnie babcią. Kazała mi się wstydzić i nie liczyć na jakąkolwiek pomoc na starość od dzieci, przy takim zaangażowaniu. Jestem podłamana. Siostra, mimo, że kiedyś tak bardzo mi pomogła, teraz przy każdej możliwej okazji to wypomina. Podkreśla ile jej zawdzięczam, że dzięki niej jestem lekarzem. Dorota jednocześnie ubolewa nad swoim losem. Bo przeze mnie nie zrobiła kariery. Być może przeze mnie jest też sama i nigdy nie udało jej się zbudować relacji z żadnym mężczyzną. Czemu ciągle to podkreśla? Nie kazałam jej tego robić. Nie zmusiłam jej. A gdybym wiedziała, że całe życie będę miała wypominane nie wiem czy przyjęłabym jej pomoc. Może, kiedy musiałabym sobie jakoś poradzić sama nie wpadłabym w alkoholizm i byłabym lepszą matką? Można gdybać i snuć przypuszczenia. Ale po co? Pierwszy raz od bardzo dawna pomyślałam o napiciu się wina. Czerwonego, wytrawnego. Czuję, że małymi krokami zmierzam do porażki i usatysfakcjonowania wszystkich, którzy ukradkiem trzymają kciuki za moją wpadkę.